Przejdź do głównej treści
Zamknij wyszukiwarkę Wyczyść Szukaj
Produkty w koszyku: 0. Zobacz szczegóły

Twój koszyk jest pusty

Nauczyciel jak policjant? O funkcjonariuszu publicznym z kredą w dłoni

To nie jest nowy pomysł. Status funkcjonariusza publicznego dla nauczycieli wraca do debaty regularnie, jak szkolny dzwonek w poniedziałek rano. Raz podnoszony przez związki zawodowe, innym razem przez ministerstwo lub samych nauczycieli, którzy chcieliby czuć się mniej bezbronni w konfrontacji z rzeczywistością. Zwłaszcza tą, która dzieje się po lekcjach, w wiadomościach z dziennika elektronicznego, na Facebooku, w wiadomościach od rodziców pisanych o 23:17.


  • dodano: 13-06-2025

Ale co to właściwie znaczy? Czy nauczyciel miałby dostać mundur, odznakę i możliwość interwencji służbowej podczas przerwy obiadowej? Nie. Chodzi o coś znacznie bardziej subtelnego, o status prawny, który daje realną ochronę. Ale też coś odbiera.

Co dałby status funkcjonariusza publicznego polskim nauczycielom?

Formalnie, funkcjonariusz publiczny (zgodnie z art. 115 §13 Kodeksu karnego) to osoba pełniąca obowiązki publiczne i korzystająca z ochrony przewidzianej prawem, tak jak policjant, strażak, urzędnik państwowy. Znieważenie go w trakcie pełnienia obowiązków może być przestępstwem, ściganym z urzędu.

W praktyce: jeśli uczeń lub rodzic publicznie grozi nauczycielowi, obraża go w Internecie albo narusza jego nietykalność, prokuratura ma obowiązek zareagować, a nie tylko rozłożyć ręce, mówiąc: „sprawa szkoły”.

W czasach, gdy nauczyciele coraz częściej doświadczają agresji słownej, emocjonalnej, także w sieci - to może mieć ogromne znaczenie. W symbolicznym sensie, to również uznanie: "Twoja praca ma wagę. Reprezentujesz państwo. Nie jesteś sam."

Pojawiają się głosy, że zawód nauczyciela powinien być traktowany na równi ze służbą cywilną. Być może status funkcjonariusza byłby odpowiedzią na tę potrzebę.

A czego ten status nie mówi?

Nie mówi, że nauczyciel będzie teraz nietykalny. Nie mówi też, że jego życie stanie się prostsze. Bo razem z ochroną pojawi się… obowiązek reprezentowania. Przepisy o funkcjonariuszach publicznych są ostre w dwie strony.

Jeśli nauczyciel stanie się funkcjonariuszem:

  • każde jego zachowanie - również poza lekcją - może być oceniane w kategoriach „godności urzędu”. To już nie będzie lokalna opinia co pani nauczycielce wypada lub nie wypada robić po lekcjach,

  • może dojść do ograniczenia wolności wypowiedzi — np. w mediach społecznościowych (choć czy nauczyciele nie są już na cenzurowanym?)

  • trudniej będzie mu np. wejść w spór z JST jako pracodawcą (otwarte krytykowanie systemu, może być ukarane dyscyplinarnie w imię dobrze pojmowanego wyższego interesu),

  • wzrośnie ryzyko odpowiedzialności dyscyplinarnej.

To nie są argumenty przeciw, ale konieczne elementy uczciwej rozmowy.

Czy środowisko nauczycielskie jest gotowe na taką zmianę?

A może pytanie jest inne: czy szkoła, taka jaka dziś jest — przemęczona, niedofinansowana, zmagająca się z brakiem autorytetu systemowego, może naprawdę korzystać z takich narzędzi prawnych bez cynizmu i nadużyć?

Bo owszem: ochrona nauczyciela jest potrzebna. Ale jeszcze bardziej potrzebne jest to, żeby:

  • nie był sam ze swoimi problemami,

  • wiedział, że ktoś go wspiera w sytuacjach konfliktowych,

  • czuł, że państwo stoi za nim, nie tylko gdy wzywa go na egzamin ósmoklasisty.

Status funkcjonariusza publicznego może być do tego narzędziem. Ale nie może być łatką na systemowe pęknięcia.

A może nie o status tu chodzi?

Może nauczyciele nie chcą być funkcjonariuszami, tylko ludźmi traktowanymi poważnie. Może nie potrzebują odznaki, tylko tego, by ktoś w końcu przestał mówić, że „mają dwa miesiące wakacji”. Może chcą tylko, żeby ich praca, ta prawdziwa, między dzwonkami, z trudnymi uczniami, z rodzicami, z planem lekcji, który zmienia się co trzy dni - była uznana za realną służbę publiczną.

Bez patosu. Ale z ochroną. I szacunkiem.